poniedziałek, 15 czerwca 2015

Rozdział 2 "Widmo"

   Głowa wciąż cholernie mnie bolała. Powoli odzyskałam świadomość. Pod palcami wyczułam mokrą od porannej rosy trawę. Czyli wszystko w porządku... Najpewniej zahaczyłam o wystającą gałąź lub coś w tym stylu... Zaraz! Jest popołudnie, a na trawie jest rosa... Jak to w ogóle możliwe!? Szybko
otworzyłam oczy. Nadal byłam w lesie, ale jakby było tu bardziej... dziko. Las ten, ale zupełnie inny...
   W pierwszym odruchu chciałam zerwać się na równe nogi i uciec, jednak się opamiętałam. Usiadłam i rozejrzałam się wkoło. Las wyglądał nieco dziczej... Natychmiast odrzuciłam od siebie tą myśl?
- bzdura - wyszeptałam wściekła na siebie. Wszystko przez te opowiastki o duchach. Zwykłe strasznie dzieci. Na pięciolatka może by to zadziałało. Ale ja się nie dam zastraszyć. Chwiejnym krokiem ruszyłam w stronę miasta. Jakby nie było głowa nadal mnie bolała... Droga wydawała się być długa i męcząca, a w około wciąż "odzywały się" tajemnicze odgłosy. Do tego słońce zaczynało mocno przygrzewać. No i wciąż została nie wyjaśniona sprawa rosy na trawie... Nie wiedziałam co o tym wszystkim myśleć. Nagle przede mną pojawił się jakiś cień.  Ze strachu runęłam jak długa na ziemię. Cień zaczął się formować, aż wyszedł z niego jakiś mężczyzna. Wyglądał na jakies... czy  ja wiem... 18 lat?... Miał na sobie luźną koszulkę, spodnie i torbę podróżną.
- Mamusia nie uczyła, że tu się nie chodzi? - Zaśmiał się.
- Nie - fuknęłam - mógł byś przestać straszyć ludzi?! To, że ty jesteś inny nie oznacza, że...
- Koleżanka nie z tego świata co? - spytał podnosząc brwi.
- Jak to nie z tego!? Co to znaczy!? - teraz już naprawdę nic nie rozumiem...
- Później ci wszystko wyjaśnię. Tu jest zbyt niebezpiecznie.
- Ale...
- Powiedziałem później - powiedział z naciskiem łapiąc mnie za rękę i prowadząc za sobą...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz